Jarosław Kuźniar: Chcę mieć więcej do powiedzenia

Karolina KowalskaZaktualizowano 
Jarosław Kuźniar: Chcę mieć więcej do powiedzenia Szymon Starnawski
Nie chce być tylko „telewizyjną gębą", która wygląda. Ta „gęba" ma mówić z sensem. A bez podróży się nie da. - Bez moich ucieczek w nieznane bardzo szybko bym się zamęczył - mówi Jarosław Kuźniar. Dziennikarz opowiedział nam, dlaczego odszedł z TVN24 i czy było warto.

Siedzimy na Stadionie Narodowym w biurze goforworld.com. To sygnowane Twoim nazwiskiem biuro podróży, które - jak mówisz - stworzyłeś dla ludzi szczerze ciekawych świata. Wczoraj wylądowaliście w Warszawie po tygodniu spędzonym w Ameryce Południowej. Co ze sobą przywiozłeś?

Świadomość, że moja odpowiedzialność za osoby, które zabieram ze sobą w podróż, nie ma granic. Bo oni mogą wrócić z wyprawy zmęczeni, ale ja muszę znać odpowiedź na pytanie: "Co zrobić, aby to zmęczenie nie przekreśliło ochoty, by wyruszyli ze mną ponownie?". Ten wyjazd był chyba dla mnie (i dla całego Goforworld) najtrudniejszy. Byliśmy na końcu świata, gdzie nad naszymi głowami unosił się nieznany, groźny wirus, a język angielski nie jest tak oczywisty, jak w Europie. Dodatkowo, co chwila zmienialiśmy miejsce i tym samym nocleg, z hotelu na hostel, z hostelu na... radość, że jest dach nad głową. I nawet najwytrwalsi mówili: „Okej, jedna noc tak, ale dłużej tutaj nie zostajemy". Bo nie ma prądu, nie ma wody i niczego, co kojarzyłoby się z naszym pojmowaniem cywilizacji. Jak tam żyjesz na co dzień z bieda-hostelu i małej plantacji marihuany, to może być nawet okej, ale gdy przyjeżdżasz z zewnątrz, to wytrzymujesz najwyżej pół doby. Trudno o więcej, jeśli najlepiej zachowanym budynkiem w zasięgu wzroku jest toaleta publiczna.

Ale za to niebo nocą schodzi ci na głowę ze wszystkimi gwiazdami, których istnienia nawet nie podejrzewałeś. To wiele rozgrzesza. Z drugiej strony, cholera, szybko nie wrócisz po pomoc, gdyby było trzeba. Za daleko do cywilizacji. Wtedy poczucie odpowiedzialności "puchnie" niesamowicie, szczególnie, że nie jesteś panią z biura podroży, która w Polsce odbiera telefony, że basen ma dwa centymetry za mało w stosunku do tego, co było napisane w katalogu, tylko jesteś z ludźmi na miejscu. I jesteś niejako "autorem" ich samopoczucia, gdy okazuje się, że może istnieć większy dyskomfort niż brak Wi-Fi, a najbliższej nocy nie wrócisz do pięciogwiazdkowego hotelu. Nagle dopada cię myśl: "ile oni jeszcze wytrzymają?" I nie przestaje odpuszczać.

W takich momentach pewnie przydaje się odwaga. Jesteś odważny?

Nie wiem, nigdy o tym tak nie myślałem....

...nawet, gdy chęć pójścia za pasją pociągnęła za sobą niewygodne zmiany w Twoim życiu zawodowym?

Tak wyszło, że musiałem zmienić miejsce pracy po tym, jak założyłem Goforworld, ale niczego bym nie zmienił. Nie mam fantazji o odwróceniu kolejności zdarzeń. Myślę, że gdybym wtedy w TVN24 zgodził się na wszystko, czego żądał ode mnie mój szef, to nie dość, że nie mógłbym robić dalej Goforworld, to jeszcze nie
wytrzymałbym psychicznie z tym, że się poddałem. A czułem, że nie mogę inaczej, że z podróży już nie jestem w stanie zrezygnować.

Jarosław Kuźniar: Chcę mieć więcej do powiedzenia [Rozmowa NaM]

Poza tym wydawało mi się, a teraz jestem tego pewien, że nie ma lepszego pracownika od kogoś, kto jest w ciągłym ruchu. Kiedy coś opowiadasz, a nie czytasz z kartki, gdy masz za sobą jakieś przeżycie, własne zdanie wypracowane na podstawie osobistego doświadczenia, to jest to po prostu ciekawsze i bardziej wiarygodne. Otwierasz gębę do widzów i mówisz w trochę inny sposób, bo np. wydarzyło się coś, co nauczyło cię odrobiny pokory, więc koniec z zadufaną miną zza szklanego stołu w świetle reflektorów i tony pudru. Dziś nie wróciłbym do siebie sprzed Goforworld.

Przyszedł moment, kiedy chcę mieć do powiedzenia więcej i nie zależeć tylko od fantazji szefów. Wyrwałem się z domu rodziców po raz drugi. Za pierwszym razem było warto, teraz też będzie.

Wydawałoby się: ciepła posadka. Po co było się buntować?

Gdyby przyjąć perspektywę amerykańską, to nie jestem jeszcze stary na pracę w TV, ale zacząłem pracować bardzo wcześnie i szybko okazało się, że potrzebuję dodatkowego bodźca, by nie stracić do tej pracy zapału. Czegoś, co będzie wyciągać mnie ze strefy komfortu, reanimować w wypadkach, kiedy zacznie ocierać się o mnie rutyna. Po takim zastrzyku energii mogę spokojnie wracać do studia i robić po raz enty tę samą audycję, rozmawiać w ciekawy sposób z ludźmi, znowu wstać przed świtem. Bez moich ucieczek w nieznane bardzo szybko bym się zamęczył.

Może jednak trzeba było nadal podróżować samemu, anonimowo, nie byłoby problemu.

Ale ja chyba właśnie tego "problemu" bardzo potrzebowałem. Poza tym jeżdżąc po świecie - chcąc nie chcąc - przyjrzałem się, jak wygląda nasz rynek podróżniczy. Że jest emocjonalnie martwy i skostniały. Kupujesz przez internet przelot i hotel, lecisz, siedzisz chwilę w ciepłej wodzie w basenie, do nikogo się nie odzywając i wracasz w zasadzie bez żadnego wspomnienia. Dlaczego więc nie zabrać ze sobą paru osób, z którymi coś przeżyjesz, a w dodatku to przeżycie podzielisz? Dostaniesz wiedzę, energię, przestrzeń na spotkanie kogoś z zupełnie innej bajki.

Szybko się okazało, że kiedy pozwalasz ludziom wyrwać się z ich oczywistego szlaku, to będą chcieli w taki właśnie sposób spędzić czas częściej niż raz.

Wyszło na Twoje?

Przede wszystkim wyszło na bezcenne uczucie, które pojawia się w momencie, gdy słyszę: "Panie Jarku, ale ja to robię pierwszy raz! I zrobię to z panem, bo myślę, że dzięki temu nie stracę". Ja mam wtedy co prawda ogromną robotę do wykonania, ale satysfakcja tych ludzi to wynagradza.

To pewnie miło łechta ego i zresztą szczerze w to wierzę, ale hobbystycznie organizować spektakularne wyjazdy to można co najwyżej kilka razy, dla grupki znajomych.

Jasne i ja nie ukrywam, że goforworld.com to pasja, ale też nowoczesna podróżnicza firma w jednym.

Potrzebuję niezależności od telewizji. Szczególnie w momencie, kiedy czas w mediach - polityczny i ekonomiczny - jest słaby.

Chcę dwoma nogami stąpać mocno po ziemi, a nie chwiać się na jednej. Znalazłem coś, co może być dla mnie pasją i frajdą, ale też biznesem i okazją do ciągłej nauki nowych rzeczy. A nie tylko odtwarzania telewizyjnych schematów. Potrzebuję wyzwań, wchodzenia w nieoczywiste życiowe role. Teraz jest to przewodnik, wiozący ludzi na drugi koniec świata, ale jednocześnie dowożący ich z powrotem, całych i zdrowych. I biznesmen, który
sprawi, że zainwestowane w niego pieniądze nie okażą się być wyrzucone w błoto. Za stołem w telewizji to jest nie do nauczenia.

Jarosław Kuźniar: Chcę mieć więcej do powiedzenia [Rozmowa NaM]

I pozwalają Ci się tego uczyć, czy raczej widzą tę nieszczęsną "głowę z telewizji", która na dodatek u niektórych budzi dość silne emocje?

Na szczęście dla większości osób, które pojawiają się w orbicie goforworld.com moja tożsamość telewizyjna jest wtórna, bo ona ani nie sprawi, że bilans księgowy będzie się zgadzał - ewentualnie może temu odrobinę pomóc - ani nie ułatwi niczego na innym kontynencie, gdy trzeba zorganizować w miarę bezpieczny transport z jednej miejscowości do drugiej. Niewiele też to daje, gdy odbieram telefon w niedzielny poranek z listą bardzo szczegółowych pytań od potencjalnego klienta, który może i nawet by się zdecydował na tę Argentynę, ale "najpierw, panie Jarosławie, to ja muszę wiedzieć, co zrobimy, gdy..." I tutaj dostaję serię wątpliwości „z kałasznikowa".

I wtedy tłumaczysz, czym tak naprawdę Goforworld jest. Czyli?

Gdy już usiedliśmy w tej Argentynie - po powrocie z Urugwaju, wymęczeni tak, że już tylko przeliczamy dni, które zostały nam do powrotnego samolotu - ja z czułością mówię, że jak wymyślałem Goforworld, to jednym z moich haseł było: "Podroż to nie zawsze są wakacje". I to jest właśnie to. Wyruszasz, każdego dnia jesteś gdzie indziej, cały czas w ruchu, z przewodnikami, którzy wchodzą w miasto bez skrupułów i kompleksów, z pełną świadomością, co jest najciekawszego do zobaczenia, bo po prostu żyją w danym miejscu na co dzień i mają tutaj swoją historię, której nie znajdziesz w żadnym przewodniku.

Goforworld to jak drugi wyjazd w życiu do Rzymu. Gdy jedziesz do stolicy Włoch po raz pierwszy, to musisz zobaczyć oczywiste rzeczy - plac św. Piotra, fontannę di Trevi czy Schody Hiszpańskie. Ale za drugim razem chcesz się zgubić, uciec od tłumu.

Czyli to raczej nie jest dla osób, które dotychczas jeździły tylko na kemping na Mazury. A zatem - dla kogo? Bo ja wiem, że najlepiej brzmi, gdy się mówi "dla każdego". Ale tutaj się nie czarujmy. Trzeba mieć też za co z Tobą pojechać.

Indywidualność i jakość kosztują. Moi klienci to wiedzą. Przygotowaliśmy właśnie wyprawę na Alaskę, która jest najdroższą ze wszystkich naszych dotychczasowych wypraw, kosztuje ponad 25 tysięcy złotych i cały czas próbowaliśmy zmniejszyć tę cenę. Uznałem jednak, że jeśli chcemy to zrobić tak, jak sobie zaplanowaliśmy, to musi tyle właśnie kosztować. Wydaje się, że ta cena może być barierą dla wielu osób, ale od potencjalnych klientów słyszę głównie: "czy nie można zmienić terminu?" Pociesza mnie to, że najdroższa wyprawa jest już prawie sprzedana. To pokazuje, jak zmienia się rynek podróżniczy w Polsce. I bardzo dobrze, że dojrzewa.

Za co ludzie tyle płacą?

Za to, że grupa liczy 12 a nie 100 osób, że prowadzi nas przewodnik, który naprawdę ma coś do zaoferowania, poza wyklepanym na pamięć "Lonely Planet", że można poczuć się w tej podróży potraktowanym kameralnie i indywidualnie. To jest dla osób, które chcą się wyrwać ze swojego komfortu tak, jak ja to zrobiłem jakiś czas temu. I przez chwilę popatrzeć inaczej na świat, mądrze się zmęczyć. Dotychczas to była walizka i hotel, a teraz jest plecak i miejsce, do którego autobusy popularnych biur podroży nie dojeżdżają.

Okej, pojadą raz, doświadczą, zobaczą, w czym rzecz. Dlaczego wracają?

Lubię ten moment pierwszego spotkania na lotnisku. Z grupą złożoną z bardzo różnych ludzi, w przeróżnym wieku, którzy mają jeden cel - jedziemy zobaczyć świat, który jest naszą ciekawością, naszym marzeniem. Wspominam go zawsze, gdy już wracamy, bo nagle ta grupa zamienia się w świetnych, nowych znajomych, którzy potem między sobą rzucają - na początku pół żartem, pół serio - Australia. A po chwili już mamy plan na 2017 rok i prawie wszyscy są zapisani. To najładniej brzmi, gdy przyrównać to do kuli śnieżnej. Dzięki temu jestem coraz spokojniejszy, robiąc plany na 2017 - 2018 rok, że będzie z kim jechać. I że Goforworld zaczyna mieć swój, dopinający się budżet, i ja nie muszę już do tego dokładać.

No tak, oprócz pasji są też cyferki.

Co jednak dotarło do mnie w pełni dopiero po czasie. Początkowo, na gigancie podróżniczych emocji i marzeń, nie do końca przejmowałem się saldem. Było raczej tak - mam plan, chcę zabrać kilka osób ze sobą w świat i pokazać im, jak to robię, jedźmy. Ale po kilku takich spontanicznych wyjazdach zrozumiałem, że przed pasją musi być plan biznesowy. Bo inaczej to nie potrwa długo.

Poznałem ludzi, od których uczę się biznesu. Gdy znajduję inwestora, to najpierw muszę mu udzielić odpowiedzi na pytanie, kiedy moja pasja zacznie się zwracać. A potem, co kwartał, idę do moich księgowych i po chwili moje opowieści o cudach Ameryki Południowej są ucinane przez pytanie o rachunki i „dlaczego nie mam ich wszystkich, i jak to możliwe, że pan w busie na środku niczego nie dawał faktur? Tak nie może być" (śmiech).

Jarosław Kuźniar: Chcę mieć więcej do powiedzenia [Rozmowa NaM]

Sporo Cię w tej Warszawie nie ma, a jak jesteś, to zapracowany. Rodzina się nie buntuje?

Buntuje się. Z umiarem. Też bym się na ich miejscu buntował! Ale chyba na ten moment inaczej się nie da. Może w przyszłości to się nieco zmieni, gdy moja córka trochę dorośnie, a ja poukładam swoje sprawy inaczej. Niestety całej sytuacji nie pomaga fakt, że mam sporą trudność w delegowaniu zadań i muszę nauczyć się takiej organizacji pracy, w której traktuję moich pracowników jak ich własnych szefów. Zdolnych do samodzielnego zarządzania i to w taki sposób, że wszystko sprawnie działa. Mam problem z rozdawaniem odpowiedzialności, więc wszystko pochłania mnie w pełni i bez kompromisów. Ale jestem w procesie i mam nadzieję, że będzie szło mi co raz lepiej (śmiech).

Szczególnie, że mamy taki cel, żeby robić jeden wyjazd w miesiącu, czyli 12 podróży w roku. Tego już sam nie dźwignę. Bo już naprawdę przestanę bywać w domu, a w końcu chcę być towarzyszem nie tylko moich klientów w podróży, ale też mojej córki w jej dorastaniu.

Start-upowcy w końcu słyną z chorobliwego wręcz zaangażowania we własną pracę. W Polsce to dobry sposób na rozwinięcie biznesu?

To jest temat na książkę i mam nadzieje ją napisać. Business Link na Narodowym, gdzie jesteśmy, zagłębie start-upowe w Polsce, zorganizowało konkurs wewnętrzny na najlepszy pomysł na start-up-biznes. Firma, która wygrała, w nagrodę poleciała do Azji, żeby tam przez tydzień pobyć i pouczyć się od najlepszych w branży. Oni wygrali, bo mieli tutaj najlepszy pomysł ze wszystkich. Kiedy wrócili, uznali że muszą całkowicie zmienić myślenie, że to zupełnie nie tak i będą realizować swój pomysł zupełnie inaczej, niż zakładali pierwotnie.

To jest kapitalne w tym środowisku i to mnie szalenie pociąga: ta ciągła zmiana, kreatywność i otwartość na nowe. Gotowość do tego, by w ciągu tygodnia całkowicie zmienić pomysł na biznes. Powiększyć zespół z 10 do 20 osób, bo nagle tego potrzeba. Wyjechać na jakiś czas. Z jednego pomysłu pozwolić się wykluć dziesiątkom innych. Nie mieć kompleksów, że siedzisz w Polsce, tylko za chwilę jesteś w Los Angeles, tam sprzedajesz swój pomysł albo szukasz inwestorów w Cape Town. Dzięki internetowi miejsce siedzenia ma tylko znaczenie w funkcji lokalizacji na Facebooku. Dzięki temu my możemy inspirować Amerykanów, a nie oni nas. W takiej przestrzeni jak tutaj masz tylko biurko i kawałek podłogi, ale jednocześnie wspólną kuchnię i salę konferencyjną, w której możesz spotkać innych ludzi, pogadać z nimi i nawzajem się inspirować, a nawet coś nowego stworzyć.

Też z tego korzystasz?

Jasne, atmosfera tutaj skłoniła mnie do tego, by myśleć bardziej globalnie. Ostatnio pokazywałem znajomemu Szwedowi naszą podróż po Islandii, opowiadam mu o planie, on potakuje, że fajnie i na końcu pyta, ile to kosztuje. Mówię, że 8 600 zł. "Jak to? Przecież w Szwecji coś takiego kosztuje 33 tysiące zł!" - dziwi się. Ja na to zdziwienie odpowiadam: "Mogę to zrobić za połowę waszej ceny, wszyscy będziemy szczęśliwi".

A da się - w Japonii mieliśmy dwie sympatyczne klientki, które doleciały do nas z Londynu i Niemiec. Dlaczego Goforworld nie może działać szerzej - spotykamy się na końcu świata i rozmawiamy po angielsku albo we własnym miksie i żargonie. Myślę też o tym, by robić profesjonalne filmy dokumentalne z naszych podróży. Za chwilę jedziemy z grupą biegaczy do Rzymu na maraton. Cały czas kombinujemy, zmieniamy, poszerzamy..., ale nie zdradzę wszystkiego od razu! (śmiech)

Jarosław Kuźniar: Chcę mieć więcej do powiedzenia [Rozmowa NaM]

Co podróżowanie potrafi dać człowiekowi? Co dało Tobie?

Dało mi wiedzę. Siadam przed kamerą w pracy i jest - powiedzmy - rozmowa o trzęsieniu ziemi, to ja, po wyjeździe do Japonii, gdzie widziałem na własne oczy, jakie przyniosło to szkody i w jaki sposób Japończycy poradzili sobie z tym na krótką i dłuższą metę, mogę tę rozmowę przeprowadzić kompetentnie i odpowiedzialnie. Po prostu tam byłem. To jest rzecz bezcenna, której nie zdobędzie się w inny sposób, nawet czytając najwięcej najmądrzejszych książek i reportaży. Czuję, że mnie to uwiarygadnia. Nie mądrzę się, bo wyczytałem, tylko mądrzę się, bo przeżyłem.

To Twój sposób na wybiegnięcie w przód?

Cały czas szukam dróg do tego, by nie przestać być dla widzów atrakcyjnym.

No i jest ich całkiem sporo. Prowadzisz konta na Facebooku, Instagramie, Snapchacie i nadajesz z Periscope, który zresztą nazywany jest pieszczotliwie przez Twoich odbiorców "Jarascopem". To oznacza bycie online niemal 24 godziny na dobę. Nie chcesz czasem zwolnić?

Czasem to robię, ale jednocześnie mam poczucie, że nie mogę się wyłączyć całkowicie. Ulegam temu "zobowiązaniu", które podjąłem wchodząc w social media, żeby informować moich odbiorców niemal non stop. Bo dziś nie zbudujesz relacji w internecie z nikim, jeśli nie będziesz z nim w stałym kontakcie, bo on ma tyle bodźców, że jak wyłączysz się na chwilę, to on zwyczajnie zajmie się czymś innym.

Social media, przez swoje wymuszanie ciągłej obecności, o której mówisz, nazywane są jedną z największych pułapek współczesności.

I trudno się z tym nie zgodzić. Szczególnie, gdy czujesz, że ludzie tej obecności wręcz pilnują. Gdy ja spóźniam się kilka minut z moją poranną obecnością na Periscope, to od razu dostaję kuksańca od „śledzących", że gdzie
się podziewam, przecież oni już tu czekają. To też oznacza przywiązanie i wtedy bardzo trudno jest tym rzucić i pojechać na tydzień w Bieszczady. Poza tym mamy czasy "tu i teraz". Nie ma tak, że ja za tydzień wracam z Nowego Jorku, to wam wtedy opowiem, co tam widziałem. Nie, muszę nadawać z ulic Wielkiego Jabłka, bo w przeciwnym razie to nie ma żadnego sensu. Mocno odczułem to w Ameryce Południowej, gdy brak internetu potrafił doprowadzić mnie do szału, bo nie dość, że nie mogłem być w kontakcie z moimi widzami, to nie mogłem też pracować. Wtedy zobaczyłem: aha, mam syndromy odstawienia. Bywa to paranoiczne, niestety.

Do której z ról - podróżnika, biznesmena, coacha, wykładowcy - jest Ci najbliżej?

Teraz już nie ma tak, że jest się tylko jedną postacią. Czasy wymagają tego, by być efektywnym zlepkiem najlepszych cech z kilku ról. I ja staram się to robić.

To Twój największy sukces?

Moim największym sukcesem są moje spełnione plany.

Rozmawiała Karolina Kowalska, dziennikarka naszemiasto.pl

Wideo

polecane: Flesz: Czy grozi nam katastrofa klimatyczna?

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

2016.03.21 13:45:24

jajek gotowanych w złotku nie zapomnij. droga na wolności kręta i wyboista.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Powiązane

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3