(© materiały prasowe)

O łapaniu ludzi za gardło, braku życiowej dyscypliny, podbijaniu świata i potrzebie zmierzenia się z samym sobą podczas pracy nad trzecim albumem opowiada Krzysztof Zalewski.

Krzysztof Zalewski-Brejdygant. Muzyk, kompozytor, wokalista, autor tekstów i multiinstrumentalista. Debiutował w 2004 roku albumem "Pistolet", choć za właściwy debiut uznaje 2013 rok i wydanie płyty "Zelig". W międzyczasie był muzykiem takich zespołów jaki Hey, Nosowska, Brodka, Muchy czy Japoto. Jest synem aktora Stanisława Brejdyganta i mimo że w 2009 roku zagrał główną rolę w filmie "Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać", nie poszedł w ślady ojca. Romansował za to z telewizją, występując w programach Janusza Józefowicza "Przebojowa noc" i "Złota sobota". W 2003 roku wygrał drugą edycję "Idola", o którym w tym wywiadzie nie ma ani słowa.

Zobacz też: Skubas: "Porównywałem się do innych. Dziś wiem, że to kompletnie nie ma sensu"


Spodziewałeś się, że zobaczysz kiedyś w centrum dużego miasta swoją podobiznę na kilkunastometrowym billboardzie?
No tak, widziałem. Na pewno jest to miłe, jednak nie można mylić tego z odzwierciedleniem popularności czy poczuciem jakiegoś spełnienia. Nie zmienia to faktu, że łechce to moją próżność. Musimy jednak pamiętać, że znalazłem się na tym billboardzie tylko dlatego, że pewna firma ma mnóstwo pieniędzy i reklamuje w ten sposób swoją imprezę, wykorzystując moją twarz, z czego jest mi bardzo miło. Nie ukrywam też, że ciągle naiwnie dążymy do tego, że wreszcie opanujemy stadiony Europy i świata, a wtedy nasz menadżer będzie wieszał setki takich billboardów.

Nie każdego jednak wkleja się na taki billboard. Nazwisko Zalewski stało się marką.
Ja tylko uczciwie wykonuję swoją pracę, gram koncerty na 120 procent i nie odpuszczam. Mogę z pewną odpowiedzialnością powiedzieć, że nasze koncerty są po prostu dobre. Jestem chorym perfekcjonistą i po każdym koncercie się samobiczuję. Mam żal do siebie, że nie trafiłem w nutę, czy odrobinę spóźniłem się z wejściem. Nie ma jednak koncertów, obok których przechodzę obok. W chwili wejścia na scenę włącza mi się taka turbina, że już w drugiej piosence jestem zlany potem. Oczywiście nie ja jeden tak traktuję ten zawód, ale mi akurat wreszcie dopisało szczęście. Mam mocno zaangażowaną firmę za sobą, która dba o marketingową stronę tego przedsięwzięcia i jestem im za to wdzięczny. Z Męskim Graniem jestem związany od trzech lat, poza tym mam farta, że Andrzej Smolik z jakichś powodów lubi mnie mieć w zespole. To motywuje i działa pobudzająco na myśl, że nie mogę tego przespać, zmarnować szansy. Posiadanie takiego billboardu na pewno nie przeszkadza i może wpłynie na to, że kolejnych dziesięć osób zacznie kojarzyć nazwisko z twarzą i przyjdzie na nasz koncert.

Od wydania „Zeliga” minęły dwa lata. Na co ta płyta pozwoliła artyście Zalewskiemu?
Przede wszystkim na powrót do gry. Mocowałem się z nią kilka lat, brnąłem w las, a płyty nadal nie było. Dookoła mnie rosły paranoje i oczekiwania, mijały kolejne lata i strach przed ponownym debiutem był coraz większy. Nie mogłem przecież wrócić po dekadzie i pokazać słabizny. „Zelig” jako album się obronił i uważam, że będzie jeszcze przez długi, długi czas. Jest w tym ogromna zasługa Marcina Borsa, który nie odpuścił nawet na moment i produkcyjnie wypieścił płytę w każdym calu. „Zelig” cały czas się sprzedaje, wciąż nowi ludzie po niego sięgają, co nie jest spotykane. Przeważnie po wydaniu albumu rusza akcja promocyjna, osiąga się pewien pułap i album znika. „Zelig” może nie powala liczbą sprzedanych egzemplarzy, ale wciąż utrzymuje się na powierzchni. Nie mogę tego zaprzepaścić i już na jesień wydamy kolejny album, bez paranoi, że nie mogę zawieść, że nie sprostam. Mamy nagraną połowę materiału, po Męskim Graniu jedziemy do studia w Grodkowie i dłubiemy. Do końca wakacji płyta ma być gotowa.



Album powstanie przy współpracy z duetem producenckim Plan B?
Częściowo na pewno, ale nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji. Nie wynika to z powodu braku zaufania czy czegoś takiego, ale z obłożenia chłopaków pracą i ich dostępnością czasową. Marek Piotrowski i Bartek Królik zrobili nam już dwa numery. Co będzie dalej, czas pokaże.

Duet ma w swoim portfolio uznane, ale kojarzone ze sceną taneczną nazwiska. Zalewski wybiera się na parkiet?
Mam już za sobą okres, kiedy myślałem, że liczy się tylko heavy metal, a cała reszta jest niegodna uwagi. Nie dzielę muzyki na gatunki, jeżeli coś dobrze hula – nawet tanecznie, warto się nad tym pochylić. Nie zapominajmy, że chłopaki lata temu w chałupniczych warunkach, na dwóch mikrofonach i jednym komputerze zrobili pierwszą płytę Sistars, która według mnie do dziś robi wrażenie. Te piosenki po dziesięciu latach nadal się bronią, słuchając ich dziś nie masz poczucia, że brzmią przaśnie, a to jest szalenie ważne. Może dzięki tej współpracy my staniemy się bardziej taneczni, a oni alternatywni? Nie boję się takich kolaboracji.

Jeżeli „Pistolet” powstał na bazie pośpiechu i niedoświadczenia, na „Zeliga” złożyła się pokora i cierpliwość, to z czego będzie ulepiony trzeci album?
Wydaje mi się, że jego podstawą będzie wiara w to, że wreszcie potrafię sam to ogarnąć. Przy „Pistolecie” pełniłem rolę statysty, do tego doszły zawirowania rodzinne, przez co praca nad płytą zeszła na dalszy plan. „Zelig” to też strach, że pokażę coś, co najzwyczajniej będzie za słabe. Przez to zrzuciłem olbrzymią liczbę obowiązków na Marcina, szczególnie w kwestii produkcji. Nie byłem pewny siebie i czasami bezwarunkowo mu ufałem, także dlatego, że jest absolutnie wybitnym producentem i muzykiem. A teraz? Skończyłem 30 lat. Ta płyta będzie surowsza, także z tego powodu, że nie chcę zagonić się w kozi róg niekończącego się dopieszczana, cyzelowania. Prawda czasu – prawda ekranu. Piosenki znowu są różne, z różnych parafii. Nie wiem, czego będzie więcej - ballad, świdrującego ucho latyno metalu czy tanecznych bitów.

Wiatr wieje Ci pod narty. Miałeś taki moment, w którym powiedziałeś sobie: „no dobra, udało się, dałem radę”?
Nie. Raczej łapię się na tym, że gdy wstaję rano, mówię sobie: „stary, nie prześpij tego, bo obudzisz się z ręką w nocniku”. Przekonałem się, że po latach walenia głową w mur, wreszcie mam dla kogo grać. Wiem, że brakuje mi dyscypliny życiowej, dlatego znacznie lepiej wykorzystuję swój potencjał, kiedy jestem przyciśnięty do muru. Pozostawiony sam sobie nie potrafię się zmobilizować. Wracając do billboardu, którym się tak dziecinnie cieszę, to między innymi ta rzecz działa na mnie jak bat, który jest mi bardzo potrzebny. Muszę zmierzyć się z obrazem samego siebie, który przez te lata tworzyłem. To wymaga odwagi.



Trzy lata temu grałeś solowe supporty występując z sombrero na głowie. Dziś jesteś częścią marketingowego przedsięwzięcia. Przeskoczyłeś kilka stopni.
Różnica jest przede wszystkim taka, że wychodzę na scenę i łapię ludzi za gardło. Na pewno mocniej, niż robiłem to trzy lata temu. Po „Zeligu” zagrałem prawie sto koncertów. Występowałem też z Brodką i Muchami, ale to nie daje takiego spełnienia. Jako Zalewski stoję na pierwszej linii i muszę do tych ludzi przemówić. Scena stała się moim domem. Nabrałem ogłady, pewności. Jeszcze rok temu, kiedy podczas koncertu w Żywcu wypięła mi się gitara, zrobiłem się blady i chciałem zejść ze sceny. Dziś już tego nie mam, nie spinam się.

A propos występów gościnnych. Wypisujesz się z chórków u kolegów i koleżanek?
Z Muchami nie grałem już dawno. Tak wyszło, że terminy się pokrywały i nie dało się tego pogodzić. Przyjaźnimy się, mamy ze sobą kontakt i chłopaki wiedzą, że gdy będę potrzebny, mogą na mnie liczyć. Przestałem jednak być członkiem Much, udało się to rozwiązać w bezbolesny sposób. To najlepsza sytuacja, kiedy nikt cię nie wyrzuca, ani ty nie odchodzisz. Tak zwana sytuacja plasowana. Z Moniką nadal gram, choć zdarzało się, że miałem swój koncert i z naturalnych powodów nie byłem z nią na scenie. Swoją drogą Monika też pracuje teraz nad płytą. Nagrywa wokale w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Postanowiła sama napisać teksty i melodie. Wzięła to na swoje barki i bardzo mi tym zaimponowała.

A Ty też chcesz zaimponować, coś udowodnić?
Przede wszystkim, że nie muszę już niczego udowadniać. „Zelig” był naładowany muzyką i tonami tekstu. Zależało mi na tym, by pokazać wszystkim, że potrafię jeszcze stanąć na nogi. Chcę się odkleić od tego przeświadczenia, że każdym utworem muszę wygrać konkurs na najlepszą piosenkę na świecie. Może właśnie takie podejście pozwoli mi ten konkurs wygrać?

Rozmawiał Krzysztof Żyła

Aktualności muzyczne

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!